Bułgarska miłość i ja

Moi rodzice poznali się na wczasach w bułgarskiej miejscowości Bałczik. W połowie turnusu tato rozmówił się z pewnym Bułgarem o imieniu Enczo, skutkiem czego mógł swobodnie przemieszczać się w pobliże mamy, szczególnie podczas wieczornych potańcówek. Do Polski powrócili jako para, a w kolejnej odsłonie pojawiłam się ja. Odwiedziłam Bułgarię w sierpniu 2017 roku i postanowiłam zrobić rodzicom niespodziankę w postaci albumu ze zdjęciami z obecnego Bałczika, bo miasteczko to uległo olbrzymiej transformacji in plus. Okazało się, że nie zwróciły one ich większej uwagi za wyjątkiem plaży, którą wspominali najżywiej (porównując jednak fotki z przeszłości, plaża akurat zmieniła się najmniej). Kilkukrotnie zwiedziłam też Warnę. Jest to miasto, które ewidentnie pławi się w toni poprzedniego ustroju; świadczą o tym nie tylko koturny architektoniczne, ale również swoisty koloryt mentalny, gdzie słaba znajomość angielskiego oraz oporne doradztwo w punkcie informacyjnym, wespół z ogólną atmosferą pochlapanego bufetu były tego najlżejszym przejawem. Owszem, czułam się swojsko jak w Polsce z wczesnych lat 80-tych, a wrażenie to dodatkowo wzmagał fakt, iż komunikowałam się najczęściej po rosyjsku, którego również uczyłam się w tamtych czasach. A były to czasy dzieciństwa, a jest to piękny język. Lubię rosyjski w piśmie, mowie i zaśpiewie, z którym miałam styczność odkąd pamiętam za sprawą przyjaciółki mamy, cioci Gali. Lubię też takie nieobudzone miasta. Mój ostatni pobyt w Warnie zbiegł się z oficjalną wizytą prezydenta Macrona, podczas której odniósł się on do bieżącej sytuacji w RP.  Mam je na uwadze, tak samo jak słowa Poety – do tych ostatnich powracam często, często, coraz częściej.