Moja epipeja

Do spisania obserwacji w zakresie wadliwej czynności bioelektrycznej mózgu skłoniły mnie relacje osób, które również tego doświadczają na co dzień. Dużo się z ich opowieści dowiedziałam, więc może z mojej wersji także ktoś skorzysta. Parę lat temu wszczęto u mnie obserwację w kierunku padaczki prawoskroniowej. Sądzę, że jej bezpośrednim zapalnikiem były pewne specyficzne częstotliwości dźwiękowe, z którymi się zapoznawałam w celach badawczych: na krótko przed konferencją zauważyłam, że w trakcie zasypiania w tylnej części głowy pojawiają się odgłosy podobne do trzasku łamanych gałązek. Po upływie kilku miesięcy, odnotowałam sporadyczne problemy z orientacją w czasie i przestrzeni, a wrażenia déjà vu występowały na przemian z jamais vu. Wspomniane odgłosy towarzyszące zasypianiu (plus nowe z fazy wybudzania) powędrowały do skroni i zaczęły przybierać coraz cudaczniejsze formy: od szumów,  gwizdów, warknięć wiertniczych, poprzez dźwięki eksplozji aż po chaotyczne strzępki rozmów czy indiańskich okrzyków, a nawet trombit. Jednak moim hitem jest uczestnictwo w koncercie wykonywanym przez niezliczoną ilość organów równocześnie, gdzie nie tylko same brzmienia, ale także ich rozlewające się echa prowadzone były w doskonałej harmonii pod każdym względem (nieco podobnie do Glorii z tej Mszy na 40 głosów). Innym razem obudziły mnie niezwykle subtelne dzwoneczki splecione z odgłosami opadających kropel. Oba zjawiska trwały długie, najoryginalniejsze chwile mojego życia i gdyby chciały pozostać na zawsze, to zgodziłabym się bez wahania. Upewniły mnie także w przekonaniu, że przed muzyką w zakresie kompozycji wciąż rozciąga się niezmierzony ogrom możliwości. Z czasem stało się jasne, że mam do czynienia z padaczką fonowrażliwą, indukowaną bodźcami akustycznymi. Bardzo nad tym ubolewam, bo jednym z niefortunnych skutków była konieczność opuszczenia koncertu Dream Theatre w katowickim Spodku i to nieomal na samym początku; drugi dzień spędziłam za to w ulubionym błogostanie, charakteryzującym się brakiem myśli o przeszłości oraz przyszłości, przy jednoczesnej sprawności procesów poznawczych oraz szczególnym wydelikaceniu zmysłów; jest to stan niezwykły będący dowodem na to, że rozdrabnianie przeszłości w parze z martwieniem się o przyszłość nie są niezbędne do przetrwania i nadwyrężony mózg pozbywa się takich głupstw w pierwszym rzędzie. Podobnie się działo po krótkim pobycie w jacuzzi – byłam raczej skłonna obawiać się infekcji, a tymczasem wystąpiły efekty po raz kolejny wystawiające moją konwencjonalną świadomość na wielką próbę. Cieszę się jednak, że te wszystkie sytuacje spotykają mnie w dorosłym życiu, kiedy potrafię rozmaite zjawiska powkładać do odpowiednich kieszonek, bo nietrudno jest mi sobie wyobrazić, co przeżywa dziecko doświadczające ich w środku nocy. Z ciekawostek mogę dodać nieoczekiwane natchnienia religijne, choć to podobno domena płata skroniowego lewego. Moje natchnienia nie zważają na werdykt medycyny i unoszą mnie ponad sprawy ziemskie nawet na okres 10 dni, przy czym wraz z rosnącą znajomością ich źródła, wzrasta mój dystans względem nich. Jeśli chodzi o pozostałe doznania zmysłowe, to stosunkowo często nad ranem występują nieprzyjemne wrażenia węchowe. Efekty wizualne z kolei uruchamiają się tylko podczas zasypiania, w formie prędko zmieniających się fraktali, bądź zawieszonych w przestrzeni dynamicznych, trójwymiarowych scen z udziałem figur żywcem wyciętych z obrazów Boscha o przejaskrawionym, opalizującym kolorycie – przyglądam się ich sympatycznym harcom i życzę sobie, żeby nie znikały tak szybko. Co do ograniczeń, to musiałam zarzucić intensywniejszą formę wysiłku fizycznego (z czego najbardziej mi szkoda treningów karate, ale sygnały ostrzegawcze pojawiały się już na etapie niezbędnej rozgrzewki). Poza tym, jak mawiał Wojak Szwejk “wszystko jest w porządku, tylko kot jest gałgan i zeżarł kanarka”; nie pociąga mnie zatem lista geniuszy, którzy ponoć dzielili ze mną tę dolegliwość – wolałabym dzielić z nimi ich geniusz. Paganini jest ok.